Mija drugi rok, odkąd mówię do Heluta tylko i wyłącznie po angielsku. Jeśli jesteście tu po raz pierwszy, to o moich przygodach z mówieniem do dziecka w języku angielskim poczytacie więcej tutaj i tutaj. W międzyczasie mówienie do córki po angielsku stało się czymś tak naturalnym, jak oddychanie. Nie muszę o tym myśleć, po prostu mówię. Sam progres, który towarzyszy naszym codziennym interakcjom jest niesamowity i za każdym razem jest dla mnie motorem napędowym w chwilach zwątpienia. A tych, jak zawsze – nie brakuje. Szczególnie wtedy, gdy Hela tygodniami ani słowa nie piśnie po angielsku. Po czym nagle, znienacka potrafi się przełączyć na angielski i „czytać” swoim przytulankowym przyjaciołom bajki na dobranoc.

Teraz już wiem, że pomimo tego, iż Helut ma okresy „angielskiego wyciszenia”, to wszystko doskonale rozumie. Nie tylko wtedy, gdy rozmawiamy, ale również wtedy, gdy ogląda bajkę i pytam ją o to, co dzieje się na ekranie. Albo wtedy, gdy czytamy wspólnie książkę i zadaję jej różne pytania związane z tym, co właśnie czytamy. Z perspektywy czasu uważam, że sama idea mówienia do moich dzieci tylko po angielsku była strzałem w dziesiątkę i czas poświęcony na ten najbardziej organiczny sposób przyswajania języka obcego owocuje każdego dnia a ja… cóż, czasem chodzę dumny, jak paw. Pomijam już fakt, że przez te dwa lata sam doszlifowałem swój angielski, dzięki czemu rozmawia mi się jeszcze bardziej swobodnie, operując większym zasobem słów. 

Nie tak dawno temu zostałem zaproszony do odwiedzenia jednej z placówek prowadzących zajęcia według metody Helen Doron. Pomyślałem, że to fajny moment, by sprawdzić, czy Helut faktycznie płynnie posługuje się językiem angielskim (jak na swój wiek, oczywiście), czy to tylko są urojenia pękającego z dumy rodzica. Na początek sprawdziłem sobie, o co dokładnie chodzi z tą metodą nauki angielskiego i czym się różni od innych. Oto, czego się dowiedziałem:

PODCZAS ZAJĘĆ W PLACÓWKACH HELEN DORON MÓWI SIĘ TYLKO I WYŁĄCZNIE PO ANGIELSKU.

Super, bo to dokładnie taki system, jaki uskuteczniam z Helutem 🙂 Na zajęcia mogą chodzić dzieci w wieku od 3 miesięcy do 19 lat, co mnie bardzo urzekło, bo wiadomo, że takie maciupcie szkraby są chłonne jak gąbka i wszystko przyjmują za coś naturalnego.
Same zajęcia prowadzone są w małych 4-8 osobowych grupach, co jest o tyle fajne, że jest dosyć rówieśników, z którymi można wchodzić w interakcje a z drugiej strony nauczyciel ma dość czasu, by indywidualnie ogarnąć każdego dzieciaka.

Po drugie, w metodzie Helen Doron wykorzystuje się różnorodne style uczenia się – poprzez gry, ruch, muzykę i potrzebę zabawy, czyli to, co dziecięce tygrysy lubią najbardziej 🙂

Po trzecie – dziecko, które wypowiada swoje pierwsze słowa wprawia w zachwyt rodziców. Ten feedback powoduje, że dziecko chętnie powtarza te słowa i próbuje powiedzieć kolejne. Na zajęciach Helen Doron dzieci otrzymują taki sam feedback od swoich nauczycieli, co motywuje je do dalszej nauki.

Po czwarte, obcowanie z angielskim nie kończy się w momencie opuszczenia sali. Każdy uczestnik zajęć dostaje dostęp do całego szeregu multimediów, dzięki którym utrwala poprawną wymowę angielskiego, co oczywiście jest bardzo ważne, bo pamiętam, jak pewien profesor językoznastwa powiedział mi, że głównym problemem podczas komunikacji pomiędzy nativ i non-native speakerami jest złe akcentowanie.

Na dzień przed ustalonym terminem zajęć zacząłem nakręcać Heluta na wspólne wyjście na „lekcję” języka angielskiego. Hela bardzo się ucieszyła na wiadomość, że pójdziemy razem i wspólnie będziemy się uczyć przez zabawę.

I teraz muszę wam się do czegoś przyznać: ja ogólnie jestem takim trochę ignorantem, jeśli chodzi o pewne sprawy. W sensie nie wnikam w nie za bardzo, jeśli nie trzeba. Ot, taki męski pragmatyzm. Na przykład nigdy nie interesowało mnie, jak prowadzone są zajęcia z angielskiego w przedszkolu Heli. Wychodziłem z założenia, że kadra w przedszkolu wie najlepiej, jaką metodykę stosować, by nasze pociechy wyciągneły z nauki języka angielskiego jak najwięcej. Jakieś dwa miesiące temu okazało się, że dotychczasowe zajęcia z angielskiego zostają zastąpione na prowadzone według zasad Helen Doron. Mój mózg zapisał tą informację na swoich nieużytkowych peryferiach, a ja spokojnie mogłem wrócić do roli przykładnego ojca.

helen doronWracając do naszej wizyty w szkole Helen Doron, muszę przyznać, że było zacnie. Naprawdę fajnie spędziliśmy razem czas a Helut miał mega frajdę, chociaż trochę czasu jej zajęło, zanim odpięła wrotki i zaczęła wchodzić w interakcję z nauczycielką. Ja, poza mile spędzonym czasem z Helką i robieniem zdjęć postanowiłem sprawdzić, czy wszystkie wymienione punkty z metodyki Helen Doron były spełnione na zajęciach.

Na samym początku zajęć nastąpiło oficjalne zamknięcie buzi na język polski. Od tego momentu wszystko, absolutnie wszystko odbywało się tylko w języku angielskim, niezależnie, czy był realizowany program, czy miała miejsce jakaś nieprzewidziana sytuacja, jak np. czyszczenie umazanej farbą ręki. Bardzo mi się to podobało. W grupie, w której byliśmy na lekcji pokazowej było sześcioro rówieśników Heluta, razem z rodzicami, więc atmosfera była bardzo kameralna. Faktycznie, nauczycielka z każdym dzieckiem nawiązywała niewymuszoną interakcję i całość przebiegała w miłej i swobodnej konwencji. Dzieci otrzymywały pozytywny feedback, który nie był zbyt przerysowany – ot, akurat taki, jaki powoduje dumę u dziecka z dobrze wykonanego zadania. Zajęcia, które trwały 45 minut były podzielone na różne bloki – były krótkie animacje, były pliki audio, wspólne naklejanie, rysowanie, zabawy maualne i wiele, wiele innych. Gdy czas dobiegł końca pomyślałem sobie „ale jak to? miało być 45 minut” a tymczasem minęło… 45 minut. A wiecie, co to znaczy? Że bawiliśmy się świetnie. W związku z tym, że byliśmy tylko goścmi, nie mieliśmy oczywiście dostępu do materiałów on – line. Ale wtedy mój wyzuty z ładunków elektrycznych mózg wspiął się na wyżyny i przypomniałem sobie, że Helut ma przecież w przedszkolu zajęcia metodą Helen Doron! Okazało się również, że jakiś czas temu dostałem na maila dane do logowania na dedykowanej stronie, skąd mogłem pobrać materiały do obcowania z angielskim w domowym zaciszu (o ile przy dwójce Crittersów można mówić o czymś takim, jak domowe zacisze) oraz odpalić różne filmy wideo i interaktywne zabawy.

helen doronZalogowałem się na wskazanej przez przedszkole stronie i… po chwili, której potrzebowałem, by przyzwyczaić się do layoutu strony, odpaliłem odpowiednie materiały. Helut, gdy tylko usłyszał, że jakieś śmieszne dźwięki wydobywają się z mojego kompa, od razu przybiegła i ochoczo zabrała się za wypełnianie poleceń lektora. Problem w tym, że starała się to zrobić przesuwając palcem po ekranie. Próbowałem jej pokazać, jak pracuje się z myszką i gładzikiem, ale nie do końca załapała, o co chodzi w tym wszystkim chodzi. Później próbowałem znaleźć odpowiednie aplikacje w App Store, ale pomimo wielu pozycji sygnowanych marką Helen Doron, nie znalazłem tej, którą posiłkują się w przedszkolu. Szkoda. 

I to tak naprawdę jedyna rzecz, do której można się przyczepić. Cała reszta, od pierwszego „dzień dobry” na recepcji po ostatnie „see you next time” na zajęciach to pełen profesjonalizm, bez zbędnego nadęcia i zbytniej egzaltacji.

helen doronDostaję od was liczne wiadomości w sprawie mówienia do dzieci po angielsku. W większości przypadków brzmią one podobnie: szacun za to, co robisz. Sama bym tak chciała, ale niestety nie czuję się na siłach, bo mój angielski nie jest zbyt dobry (to zadziwiające, ale piszą do mnie same kobiety). Do tej pory nie wiedziałem za bardzo, jak odpisywać na takie wiadomości. Teraz z pełnym przekonaniem mogę zarekomendować zajęcia Helen Doron. Wiadomo, że nie jest to permanentne obcowanie dziecka z językiem obcym, ale sposób w jaki jest w nie wprowadzane jest najbardziej naturalnym, a co za tym idzie – najbardziej skutecznym, tym bardziej, że na zajęciach nie ma miejsca na nudę.

Na zakończenie, by was przekonać do tego, że angielski od najmłodszych lat ma sens – pytanie:

– Co robi Hanut, gdy mówię do niej „Kiss, kiss!”? Skubaniutka ma rok i daje mi buziaczki!

Jeśli będziecie mieli jakieś pytania związane z naszą wizytą w placówce Helen Doron lub z moim mówieniem do dzieci tylko po angielsku, walcie śmiało. No i oczywiście jeśli macie swoje własne doświadczenia z nauką angielskiego u waszych dzieci, to komentarze są do waszej dyspozycji.

A tymczasem lecę pisać do Helen Doron, żeby coś zrobili z tą stroną 😉